Jak wiadomo, Niemcy zdecydowały o wycofaniu się całkowicie z energetyki jądrowej. Popularna w Polsce teoria mówi, że to wszystko przez rosyjskich agentów. Sprawa nie jest jednak taka prosta. Pierwszy krok do wyjścia z atomu nastąpił już w 1989 roku, zaraz po zjednoczeniu. Zdecydowano wtedy o wyłączeniu dwóch enerdowskich elektrowni, motywując to niedoskonałością poradzieckiej techniki. Potem w 2000 roku rząd Schrödera podpisał z firmami energetycznymi umowę, wg której działające elektrownie powinny zostać zamknięte między 2015 a 2020 rokiem. W 2010 roku rząd Merkel wydłużył ten czas o 8 (dla starych reaktorów) lub 14 lat (dla nowych). Chwilę później jednak, pod wpływem katastrofy w Fukushimie, zmienił zdanie i przyspieszył termin wyłączenia wszystkich pozostałych reaktorów do 2022.
Idea, która za tym stała, jest taka: energetyka jądrowa powoduje wielkie ryzyko, które nawet trudno skalkulować, bo jak coś pierdzielnie to na dobre, a szkody są rozciągnięte w czasie i przestrzeni. Poza tym, odpady atomowe trzeba składować, a nie ma gdzie i jak. Niebezpiecznie, ryzykownie, drogo. Zamkniemy atomówki i poradzimy sobie dzięki energii odnawialnej, a w okresie przejściowym będziemy palić gazem.
Tyle teoria (uwaga, tu się zaczyna część tendencyjna). Po pierwsze, wiadomo co się stało z gazem. Po drugie, w OZE rzeczywiście wpompowano mnóstwo kasy, tyle że niemieckie OZE to nie elektrownie wodne jak w Norwegii czy Szwajcarii, a głównie wiatraki i słońce. Jak wieje i świeci to dobrze, faktycznie ponad 40% zużycia prądu pochodzi ze źródeł odnawialnych. Ale jak nie wieje to lipa, a przemysł potrzebuje stałego poziomu zasilania, nie może wyłączyć żarówki czy przykręcić grzejnika. Tę bazę energetyczną mógłby zapewniać atom, ale prawie już go nie ma, pali się więc węgiel brunatny i importuje prąd z Francji (która produkuje go… z atomu).
W efekcie pojawiły się pierwsze nieśmiałe próby złamania tabu i dyskusji o tym, czy by jednak nie zostawić przy życiu trzech działających elektrowni, a nawet czy może nie uruchomić na nowo którejś z już zamkniętych. Nie jest to takie proste - skoro od 20 lat planowano reaktory wyłączyć, to nie szkolono ludzi, nie kontraktowano paliwa, ograniczono utrzymanie. Poza tym, dla większości niemieckich polityków powiedzenie, że wyjście z atomu to był błąd, to jak dla Macierewicza przyznanie, że w Smoleńsku nie było zamachu.
Tłumaczenie tej niechęci do atomu działaniem rosyjskiej agentury jest kuszące. Faktycznie był motyw - pilnować, żeby był popyt na gaz, a do energii jądrowej zniechęcać, bo atom to bomba atomowa, a bomba atomowa to wiadomo, Stany Zjednoczone czyli zło. I pewnie jest w tym część prawdy, ale nie cała, bo szczucie na energię nuklearną padło na żyzną glebę. Wyobrażamy sobie Niemcy jako kraj racjonalizmu i nowoczesnej techniki i to jest prawda; ale z drugiej strony w dużej części niemieckiego społeczeństwa żywy jest duch dziewiętnastowiecznego romantyzmu, do którego czucie i wiara mówi silniej, niż mędrca szkiełko i oko, a racjonalizm traktuje nieufnie. Ten antyracjonalistyczny trend istniał od dawna (czytałem ostatnio superciekawą książkę o… polowaniach na czarownice w Niemczech lat zaraz po IIWŚ) ale nabrał nowych sił po rewolucji obyczajowej 1968 roku i do dziś ma się dobrze. Ludzi, którzy wierzą w alternatywne terapie, czary i tajemnicze siły Matki Natury łatwo przekonać, że energia jądrowa to nic dobrego.
Brak komentarzy. Bądź pierwszą osobą, która skomentuje!
Dodaj komentarz