Łamiąca wiadomość: w Niemczech nie ma Allegro. Jest to oczywiście wiadomość od Kapitana Oczywistego, ale oznacza, że trzeba się przyzwyczaić do zupełnie innego ekosystemu e-commerce. Pierwsze miejsce w nim zajmuje oczywiście Amazon, który z jednej strony ma szerszą ofertę niż Allegro (własna telewizja, własny hardware, własne szybkie dostawy, w tym artykułów spożywczych „na już”); z drugiej strony próba wyszukania konkretnego towaru na Amazonie przypomina golenie się tępą żyletką, szczególnie jeśli porówna się to doświadczenie z wyszukiwarką Allegro. Oprócz tego mamy sporo niemieckich firm, które mają duże sklepy online lub nawet próbują budować marketplace’y: Otto, Kaufland, Zalando, MediaMarkt. Działa to całkiem nieźle, natomiast zaskakujący może być wybór metod płatności: wiadomo że Niemcy średnio chętnie płacą kartą i że nie mają swojego odpowiednika Blika (choć ściśle rzecz biorąc mają, tylko że w powijakach). Jak więc płacą? Najpopularniejsza (prawie 1/3 obrotu!) jest płatność na fakturę: czyli zamawiasz coś w necie, kurier ci przywozi, mailem (albo na papierze) przychodzi faktura, z której trzeba w pocie czoła przeklepać dane do przelewu i wysłać w ciągu 2 tygodni. Można się z tego podśmiewywać, bo pod względem UX to dramat, ale jednak miło, że klienta darzy się takim zaufaniem. Ale że sklepom chce się użerać z księgowaniem, rekoncyliacją i windykacją tych wszystkich przelewów, no to ja nie wiem. Druga łamiąca wiadomość: w Niemczech są co prawda paczkomaty (należą do DHL, a osobną sieć ma Amazon), ale nikt ich nie używa. Kurierzy co do zasady zostawiają więc paczki pod drzwiami i tu znowu miłe, że te paczki mogą tak sobie leżeć nie niepokojone tygodniami. Znam przypadek kiedy ktoś zamówił nowego iPhone i pojechał na wakacje, iPhone leżał pod drzwiami 3 tygodnie (ok, nie było widać na pierwszy rzut oka, że to telefon, but still).
E-commerce
Litera: E
Brak komentarzy. Bądź pierwszą osobą, która skomentuje!
Dodaj komentarz