Alfabet Grzechnika

Wpisy na literę: K

Znaleziono 2 wpisów

Kebab

Litera: K

Kebab powinien właściwie być pod literką D (jak Döner), bo tak tu się mówi na to danie, podstawę niemieckiej kuchni. Chociaż twórcą kebaba był turecki imigrant, to jest to faktycznie niemiecki wynalazek - w Turcji (podobno, nie sprawdzałem) podobne danie jedzono na talerzu a nie w chlebie i raczej okazjonalnie. W 1972 berliński właściciel budki z fastfoodem wymyślił, żeby kawałki mięsa podać w chlebie, potem dołożył do tego sałatkę i sos, no i tak poszło. Dziś w Niemczech jest podobno 18 tysięcy kebabowni, z czego w samym Berlinie 1600. Czasy, kiedy była to tylko tania przekąska już minęły - piłkarz Lukas Podolski robi np biznes na sieci kebabów premium, a w Monachium pojawiły się wersje superpremium - jak ktoś chce, to za 35 euro może dostać w bułce japońską wołowinę z truflami i sosem jogurtowo migdałowym. 

▶ Komentarze (0)

Konkurencja

Litera: K
Pisałem w poprzednich odcinkach trochę o tym, że niemieckie banki nie bardzo są ikoną mobilności i że cyfryzacja nie nadąża. Ale uczciwie mówiąc, nie jest to unikalne dla Niemiec. W każdym kraju są kiepskie banki, niewygodne procesy i przestarzałe modele biznesowe. Różnica jest taka, że w Polsce (i wielu innych krajach) pojawienie się, dajmy na to, dobrego cyfrowego banku powoduje, że istniejący już na rynku gracze muszą się ogarnąć i szybciej czy wolniej gonią za czołówką. Jeśli na rynku jest jakaś mało elastyczna usługa czy model działania, to pojawi się ktoś, kto go ulepszy.
W Niemczech, mam wrażenie, tak to nie działa. Można prowadzić przestarzały albo niekonkurencyjny biznes i mieć się świetnie, mimo, że jednocześnie są dostępne lepsze alternatywy. Częściowo wynika to na pewno z konserwatyzmu niemieckiego klienta, ale też ze znaczenia jakie przywiązuje do osobistych relacji zbudowanych na zaufaniu.
Przykład z mojej branży: powiedzmy że prowadzisz sklep w małej miejscowości i chcesz przyjmować płatności kartą. Idziesz więc do swojego doradcy z lokalnej kasy oszczędnościowej, który oferuje ci terminal z jakąś kosmiczną prowizją, jakiej na polskim rynku nie uświadczysz pewnie od końca lat ’90. Co robisz? Obdzwaniasz konkurencję, szukasz lepszej oferty w internecie, podpisujesz umowę z innowacyjnym berlińskim startupem? Nic z tych rzeczy. Znacie się z doradcą od dawna, on zna twoją rodzinę, ty znasz jego, spotykacie się na lokalnych dniach wina. Nie chciałbyś chyba psuć tej relacji. Zgadzasz się na to co proponuje i krytykujesz karty, że są takie drogie.
I tak jest w wielu innych branżach, od finansów, przez telekomy, ubezpieczenia, taksówki czy nawet kluby fitness. Skoro coś działa tak jak działa, to widocznie tak musi być, nie ma co drążyć. Ubera by się zachciało albo abonamentu na krócej niż 24 miesiące, też coś.

▶ Komentarze (0)