Alfabet Grzechnika

Wpisy na literę: M

Znaleziono 4 wpisów

Multisport

Litera: M

O ile w Polsce karta multisport jest dla korpoczłowieka jak owocowy czwartek albo jak pan kanapka, to w Niemczech taki koncept jest prawie nieznany (pan kanapka BTW też nie). Nie to że w ogóle takich kart nie ma na rynku, ale prawie nikt tego nie używa. Może dlatego, że porządny Niemiec jest stały w uczuciach i bierze dwuletnią umowę w jednej siłowni, a nie skacze z kwiatka na kwiatek?

▶ Komentarze (0)

Mieszkania

Litera: M
Kolejny temat rzeka, a przy tym głowne źródło zaskoczeń i zgryzot przyjeżdżającego do Niemiec imigranta (w tym i piszącego te słowa).
Po pierwsze, niemieckie państwo stara się wcielać w życie zasadę „mieszkanie prawem nie towarem”, ale nie w takiej formie, z jakiej szydzą twitterowe smieszki. Nie chodzi o to, że każdy ma dostać mieszkanie za darmo, tylko, że dach nad głową jest podstawowym prawem człowieka i państwo stara się je chronić a nie zostawić niewidzialnej ręce rynku (i kaprysom landlordów). Wychodzi to czasem lepiej, czasem gorzej, jak to w życiu, ale przynajmniej próbują. Bardzo mocno chronione są na przykład prawa najemców; nie można sobie ot tak wyrzucić lokatora z mieszkania. Czynsz jest przeważnie określony w umowie na wiele lat naprzód (ja miałem na 9 lat!), inne opłaty czy prawa lokatora drobiazgowo uregulowane. W konsekwencji ludzie czują się bezpiecznie w wynajmowanych mieszkaniach i żyją w nich przez długie lata.
Ma to oczywiście drugą, mniej przyjemną stronę. Skoro właściciel nie bardzo może pozbyć się lokatora, to przed zawarciem umowy drobiazgowo go sprawdza i urządza „konkurs piękności”. Standardowy zestaw dokumentów, który zwykle trzeba dostarczyć przy takie okazji, to wyciąg z konta, zaświadczenie z biura informacji kredytowej, kopia umowy o pracę czy referencje od właściciela poprzednio wynajmowanego mieszkania. Prawie jak przy wniosku o hipotekę.
Mieszkań na rynku jest niewiele, a chętnych dużo, więc konkurs piękności przybiera dość kuriozalne formy; w miastach gdzie wysokość czynszu jest odgórnie ograniczona (np w Berlinie) ogonki oglądających potrafią wić się na ulicy przed budynkiem.
Skoro mieszkanie wynajmuje się na lata, to standardowo nie ma w nim żadnych mebli (co jeszcze jest ok), a bardzo często również kuchni (!!!). Najemca ma sobie kuchnię zaprojektować i wybudować sam (albo przenieść z poprzedniego mieszkania), i co ciekawe, wielu Niemców uważa, że tak jest lepiej, bo kuchnia to rzecz osobista i wolą mieć swoją. Wielu z kolei nie, i dlatego czasami zdarza się opcja odkupienia całej kuchni od poprzednich najemców, co oszczędza im kłopotu z rozmontowaniem i usunięciem zabudowy.
Jest też całkiem normalne, że właściciel mieszkania określa maksymalną liczbę osób, jaka może mieszkać w danym lokalu, zwykle podchodząc do tego konserwatywnie – w znanym mi przypadku czteropokojowe mieszkanie o powierzchni 120 metrów zostało określone jako za małe, żeby mieszkała tam czteroosobowa rodzina (bo jeden z pokojów był, zdaniem landlorda, za mały na sypialnie dla drugiego dziecka). Obowiązek meldunkowy nie jest tu, tak jak w Polsce, fikcją, a do zameldowania się potrzebna jest pisemna zgoda właściciela, więc faktycznie tę liczbę osób w mieszkaniu można kontrolować.
A, no i oczywiście można sobie też mieszkanie kupić. Pomijam kwestię ceny, które w miastach są poza zasięgiem nawet dobrze zarabiających osób, ale na dobrze skomunikowanych przedmieściach da się kupić mieszkanie, a czasami i dom. Przy obecnych stopach procentowych nie ma to jednak sensu, rata kredytu wychodzi tak z 60-80% drożej niż czynsz za wynajem, a stopy są zwykle stałe przez przynajmniej 10 lat kredytu. Ale gdyby już ktoś zdecydował się kupować, to w banku znowu zetknie się z zasadą „mieszkanie prawem, nie towarem” – banki zupełnie inaczej traktują kredyt na mieszkanie do własnego użytku a inaczej na lokal na wynajem.

▶ Komentarze (0)

Multikulti

Litera: M
O, to jest temat rzeka, i to rzeka kręta i pełna skał. RFN jest dużym krajem z milionami obcokrajowców i można tu znaleźć potwierdzenie każdej tezy – od imigranckich dzielnic biedy i wystepku po przykłady wzorowej integracji.
Ja mogę tylko opisać to, co widzę z mojego korporacyjno-wielkomiejskiego bąbelka. A widzę, że ludzie koło trzydziestki i młodsi to pokolenie rzeczywiście wielokulturowe, ale jednocześnie bardzo niemieckie. W moim biurze pracują ludzie, których rodzice urodzili się w Wietnamie, Chinach, Maroku, Turcji, Erytrei, Polsce, Czechach czy Francji. Wszyscy oni skończyli studia w Niemczech, mówią z akcentem regionu, w którym się wychowali, kibicują lokalnej drużynie sportowej. Na Oktoberfest – albo na paradę równości – jadą jak do siebie, a nie jak turyści. Myślą o sobie jako o Niemcach a nie imigrantach (chociaż gdzieś tam w kraju pochodzenia rodziców mieszkają krewni, których się odwiedza na weselach i pogrzebach).
Dobrym przykładem tej grupy jest popularna dziennikarka radiowa Salwa Houmsi, lat 27. Jej ojciec jest Syryjczykiem, ale ona sama uważa się jak najbardziej za Niemkę, do tego stopnia, że ostatnio w swoim podkaście opowiadała – takim tonem jakby pierwszy raz o tym słyszała – o książce na temat doświadczeń imigrantów w Niemczech. Helou, chciałoby się powiedzieć, a twój tata jakie miał doświadczenia?
Wszystko to dobrze wróży, moim zdaniem, perspektywom integracji masy młodych imigrantów w Polsce, co już się zresztą w dużym stopniu dzieje. Jest szansa, że za 10 lat młody Ahmed, Dmytro i Nguyen będą razem drzeć mordy na żylecie i nikt z tego powodu nie mrugnie nawet okiem.
Żeby nie było tak różowo – oprócz tego budującego punktu widzenia jest wiele innych, znacznie mniej pozytywnych. Otóż na przykład gminy w Saksonii (to wschodnie Niemcy, nieprzesadnie bogate) zaczęły narzekać na to, że ciężko im się zajmować napływającymi masowo uchodźcami z Ukrainy, i to nie z jakichś powodów ideologicznych, tylko zwyczajnie kasy nie styka i warto żeby rząd federalny dosypał. Reakcja mediów na to była histeryczna, tak jakby ktoś naruszył tabu. Problem z uchodźcami! To niedobrze o tym mówić!
No i są jeszcze sytuacje takie jak ostatni sylwester w Berlinie. Mam wrażenie, że dla tamtejszych władz i policji jest to słoń w pokoju, o którym usilnie starają się nie wspominać. Zamieszek nie było; były, ale chodziło o nieostrożne posługiwanie się fajerwerkami; no, może faktycznie zaatakowano jakichś strażaków, ale zrobili to „młodzi mężczyźni”; może faktycznie „młodzi mężczyźni” byli pochodzenia arabskiego, ale to nie ich wina, tylko społeczeństwa, które nie wytworzyło dostatecznej Wilkommenskultur. I kto wie, czy niemieckie państwo, które ma dobrą wolę, możliwości i zasoby, żeby imigrantów skutecznie integrować, nie polegnie na tym polu przez udawanie, że problemu nie ma.

▶ Komentarze (0)

Maseczki

Litera: M

Nie wiem czy maseczki zabezpieczają przed kowidem czy nie. Wiem za to, że Niemcy wierzą w ich magiczną moc: wystarczy kazać je nosić w środkach transportu i wirus zniknie. Powiedzmy, że wybierasz się np do Monachium na Oktoberfest; w pociągu musisz jechać w maseczce, bo tam grasuje epidemia. Natomiast jak tylko wysiądziesz na stacji i pójdziesz pić piwo z kilkudziesięcioma tysiącami ludzi z całego świata, to nic ci nie grozi i maseczka nie jest potrzebna. Podobnie w pociągach międzynarodowych – jeśli jedziesz z Frankfurtu do Amsterdamu czy Zurychu, to wirus jest niezwykle groźny aż do granicy niemieckiej, więc trzeba siedzieć w maseczce, ale zaraz za granicą traci swoją złowrogą moc. Do niedawna trzeba było też nosić maseczki w samolotach lecących z/na niemieckie lotniska, czego w Lufthansie pilnowano, ale już w należących do tej samej grupy Austrian Airlines stewardessy mówiły tylko „informujemy o obowiązku maseczek, ale nie mamy możliwości wymagać jego przestrzegania”. Śmiechu musiało być co niemiara i koniec końców z maseczek w samolotach się wycofano, co jest logiczne – kowid zaraża w massmarketowym pociągu, ale na pewno nie w prestiżowym samolocie.

▶ Komentarze (0)