Alfabet Grzechnika

Wpisy na literę: O

Znaleziono 4 wpisów

Ossi

Litera: O

Kto to są Ossi, to wiadomo - dawni mieszkańcy NRD. Albo mieszkańcy landów które dawniej były w NRD, bo czasami kiedy słucha się opinii Niemców z zachodu (czyli Wessich) wydaje się, że status Ossi jest dziedziczny.
Ossi z jednej strony mają parę irytujących cech. Statystycznie częściej głosują na autorytarne, populistyczne czy wręcz neofaszystowskie partie typu AfD (alternatywa dla Niemiec) czy BSW (Sojusz Sahry Wagenknecht, ugrupowanie dawnej działaczki NRDowskiej partii SED). Tęsknią do komunistycznej przeszłości, wzdychają do wielkiej Rosji i uważają, że z tym pomaganiem Ukrainie to dajcie państwo spokój, kto to słyszał. 
Z drugiej strony, nie da się nie zauważyć, że zjednoczenie Niemiec nie było żadnym zjednoczeniem, a tylko przejęciem przez RFN upadającego NRD, które następnie zostało najzwyczajniej skolonizowane przez Wessich. Mieszkańcy wschodnich Niemiec stali się w pewnym sensie obywatelami drugiej kategorii we własnym - do niedawna kraju. Wielu straciło pracę, pozycję zawodową, niektórzy także mieszkania. Do dziś we wschodnich landach ludzie na wyższych pozycjach w biznesie, nauce czy administracji to prawie w 100% przyjezdni z Zachodu. Co jeszcze gorsze, w stosunku do Ossich pojawiło się w Niemczech społeczne zjawisko nazywane fachowo orientalizacją, czyli wrzuceniem ich do jednego worka jako innych, obcych i trochę dzikich ludzi ze wschodu. To samo zresztą miało miejsce w stosunku do Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, tyle, że my mieliśmy swoje własne państwo, w którym mogliśmy się rządzić, mianować na ważne stanowiska. A jeśli ktoś miał ochotę, to nawet wybrać polityka, który nawrzuca tym z zachodu i symbolicznie zawalczy o naszą godność (nie żebym był fanem PiS, ale ich rządy to był taki właśnie wentyl bezpieczeństwa dla sfrustrowanych). Tymczasem Ossim państwo zabrano, instytucje zaorano i wytłumaczono, że są zepsuci latami komunistycznej indoktrynacji i do niczego się nie nadają (serio, były nawet dysputy o tym, że wschodnioniemieccy piłkarze nie grają zespołowo, bo NRD nie nauczył ich współpracy). W sumie więc nic dziwnego, że najpierw zaczęli z sentymentem wspominać przeszłość (w tym przyjaźń z ZSRR), a potem głosować na antysystemowe partie.
O wszystkim tym pisze w nieprzetłumaczonej niestety na polski książce „Wschód - zachodnioniemiecki wynalazek” profesor Dirk Oschmann, sam jeden z niewielu Ossich na profesorskich stanowiskach (tu kudos dla Uli Ptak, na której facebookowym profilu pierwszy raz o tym przeczytałem).

▶ Komentarze (0)

Ogrzewanie

Litera: O

Właśnie dostałem rachunek za gaz zużyty po zimie, wiec ten temat leży mi na sercu.  Tak, właśnie: gaz. Większość niemieckich mieszkań ogrzewana jest gazem. I to nie tylko mieszkań w starych dzielnicach, gdzie nie byłoby łatwo poprowadzić sieć ciepłowniczą. Sam oglądałem we Frankfurcie mieszkania w bloku wybudowanym w 2021 roku, w którym każdy lokal miał w kuchni szafę z piecem gazowym, grzejącym wodę do kąpieli i do kaloryferów. A, no bo ten gaz nie jest też zwykle używany w jakiejś ciepłowni zbudowanej w piwnicy, tylko dociągnięty osobno do każdego apartamentu. Mnie to na początku doprowadzało do neurotycznej obsesji sprawdzania, czy piec nie jest nieszczelny i czy zaraz nie wylecę w powietrze. Teraz się jakoś przyzwyczaiłem, ale nadal przeszkadza mi że pracująca terma hałasuje, i ogólnie cały ten setup kojarzy mi się z jakimiś zaniedbanymi kamienicami w szemranej dzielnicy. No, ale Niemcom co do zasady się podoba. Dlaczego? Głównie dlatego, że można samemu kontrolować zużycie gazu, czyli ustawić sobie termostat na 19 stopni, ubrać się w gruby sweter i mieć pewność ze przebiegły administrator albo miejska ciepłownia nie naciągnie nas na koszty, grzejąc do jakichś dekadenckich temperatur. Przynajmniej tak było do momentu kiedy się okazało ze gaz z jakichś powodów zrobił się strasznie drogi. A więc teraz na topie są pompy ciepła, które usiłuje promować będąca w rządzie partia Zielonych… której jednak, mimo licznych prób, nie udało się dotąd zainstalować takiej pompy we własnej siedzibie. 

▶ Komentarze (0)

Ordnung

Litera: O

Mityczny niemiecki porządek trochę faktycznie istnieje a trochę nie. Jeśli ktoś myśli, że Niemcy nie przechodzą na czerwonym świetle, nie przekraczają prędkości i nie jeżdżą bez biletu, to grubo się myli (i to jak najbardziej rodowici Niemcy a nie jacyś imigranci z Polski jak ja). Za to jeżeli chodzi o przestrzeganie rodzaju maseczki w tramwaju albo uregulowanie w umowach najmu co ile trzeba spuszczać wodę z kranu żeby w rurach nie zalęgła się legionella, to owszem porządek musi być. W wielu dziedzinach istnieje jeden prawidłowy sposób postępowania, i kto go nie przestrzega, ten się naraża na gniewne posykiwania emerytów albo reprymendy urzędników. Czemu akurat jedne przepisy są drobiazgowo przestrzegane a drugie manifestacyjnie ignorowane, tego ciągle nie wiem. Potrzebne są tu dalsze badania. 
Wiem za to, że o jakąkolwiek regułę by nie chodziło, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie cię pouczał że robisz źle. Niemcy czują w sobie powołanie do pouczania zupełnie obcych osób na dowolny temat.

▶ Komentarze (0)

Obsługa klienta

Litera: O

Generalnie norma jest taka, że ludzie w Niemczech starają się dla siebie być mili i uczynni. Rzadziej niż w Polsce doświadczam tu warczenia na siebie, a dużo więcej zwykłej powszedniej uprzejmości. Mogłem się o tym przekonać po operacji kolana, kiedy pomykałem po mieście o kulach. Zawsze znalazł się ktoś, kto przytrzymał mi drzwi czy pomógł wsiąść do tramwaju. Wsiadając do taksówki blokowałem ruch na całej ulicy (no bo taksówkarz wybiegał mi pomoc kiedy ja się niezdarnie gramoliłem do środka ze sztywna noga) ale nikogo to nie irytowało; nawet kurier DHL przyjaźnie machał ze swojego busa.
Z jakiegoś powodu ta międzyludzka uprzejmość nie przekłada się jednak na kulturę dobrej obsługi klienta. Owszem, w sklepie, restauracji czy barze powiedzą ci milo „dzień dobry” i „miłego dnia”, ale oczekiwanie jest raczej takie że to klient się ma dostosować, a nie sprzedawca spełnić jego oczekiwania. Jeszcze bardziej widać to w usługach, gdzie zdarzyło mi się np ze monter powiedział ze nie podłączy pralki bo mu gwint nie pasuje, albo dostawa z Ikei nie dojechała, bo nie dało się zaparkować pod domem, a panom się nie chciało nosić kartonów z miejsca dosłownie 20 metrów dalej.
Mam trzy teorie na wytłumaczenie tego. Najprostsza jest taka, że do fizycznych prac usługowych po prostu brakuje ludzi, więc ci którzy noszą te meble po prostu nie dają sobie wejść na głowę. Druga hipoteza to kwestia tradycyjnej kultury kupieckiej, w której sprzedawca nie ma się płaszczyć przed klientem, tylko jest jego partnerem w interesach, a klient musi sobie zasłużyć na szacunek kupca (co faktycznie widać, kiedy jest się np stałym gościem jakiejś restauracji). Trzeci pomysł to kwestia przywiązania Niemców do tego, ze wszystkim rządzi jakiś system czy procedura (będzie o tym więcej pod literka S jak system), którego powinny się trzymać obie strony transakcji, a nie wymyślać jak sobie zrobić dobrze. 

▶ Komentarze (0)